|
| Ardeny, góry w Europie. Leżą na
terytorium Belgii, Luksemburga, Francji i Niemiec. Najwyższy
szczyt Botrange 694m. Zbudowane głównie z piaskowców, łupków
i wapieni. Klimat umiarkowany, ciepły. Ardeny porośnięte są
lasami i wrzosowiskami, liczne torfowiska. |
|
16 grudnia 1944 roku wyszła
wielka kontrofensywa niemiecka. Dwadzieścia pięć dywizji, w tym siedem
pancernych i jedna zmotoryzowana, ruszyło poprzez belgijskie Ardeny w pasie
szerokości około stu kilometrów pomiędzy miejscowością luksemburską
Echternach i miasteczkiem holenderskim Monschau. Ardeny, ogólnie biorąc
nie wyższe od naszych Gór Świętokrzyskich, są jednak obszarem trudnym,
o słabo rozbudowanej sieci połączeń drogowych, i dlatego zagęszczenie
wojsk alianckich było tu słabsze aniżeli na innych odcinkach frontu. Plan
kontrofensywy przewidywał sforsowanie Mozy i ponowne zdobycie Antwerpii.
Uderzenie nastąpiło w okresie złej pogody i niskiego pułapu chmur,
uniemożliwiającym interwencję samolotów alianckich. Tego rodzaju warunki
zostały starannie wykalkulowane przez niemiecką służbę meteorologiczną,
i trzeba przyznać, że choć raz rachuby meteorologów nie zawiodły.
Niemieckie wozy bojowe, masa ponad tysiąca samych tylko czołgów ciężkich,
wyłaniały się jak upiorne zjawy z mgły gęsto zaścielającej teren. I słusznie
operacja otrzymała kryptonim "Herbstnebel" (Jesienna mgła). Na
obszarach ponownie najechanych wybuchła panika; miejscowi bali się
niemieckiej zemsty. I mieli rację; za nacierającymi jednostkami wojska
jechało gestapo. Nie zamierzało przepuścić nikomu, kto niedawno okazał
sympatię aliantom.
Kontrofensywą dowodził feldmarszałek von
Rundstedt,
niedawno wyrzucony z dowodzenia na Zachodzie. Hitler wierzył jednak w tego
człowieka, przepędzał go na krótko, a potem znowu wzywał. Dobrze widać
wyznawał się w charakterze tego wojskowego fachowca, absolutnie obojętnego
na sens hitlerowskiej wojny.
Zaskoczenie było zupełne. W dowództwach alianckich
nie spodziewano się nie tylko przeciwdziałania w tych rozmiarach, ale w ogóle
przeciwdziałania. Pierwsze wiadomości przyjęto w sztabie Eisenhowera z
zupełnym spokojem. Przypuszczano, że chodzi tylko o nieco większego
formatu dywersję niemiecką. Podobnie rozumował Bradley. Wkrótce miał
zmienić zdanie. W swych pamiętnikach przyznał się uczciwie do wielkiej
pomyłki.
"Nie była to ze strony Rundstedta dywersja
taktyczna - pisał - w celu zatrzymania natarcia Pattona na Zagłębie
Saary, lecz decydujące uderzenie, które miało przywrócić Niemcom
inicjatywę na Zachodzie. Główny obiekt stanowiła Antwerpia,
nieprzyjaciel rozumował bowiem, że jeśli odetnie nasze główne linie
zaopatrzenia od tego portu, odizoluje cztery armie sojusznicze na północ
od Ardenów. Chociaż Niemcy nie łudzili się nadzieją, na zwycięstwo na
Zachodzie, to jednak liczyli na duże korzyści w wyniku strat poniesionych
przez aliantów oraz dezorganizacji w ich szeregach. Gdyby kontrofensywa się
powiodła, mogliby nasze natarcie na Zachodzie zatrzymać ostatecznie długo,
aby przeciwstawić się Armii Czerwonej, która w tym czasie koncentrowała
siły nad Wisłą. Co więcej, nieprzyjaciel liczył na psychologiczny
efekt, jaki przeciwnatarcie wywrze na zrozpaczonej ludności niemieckiej. W
miarę jak wojska sojusznicze zbliżały się do zdewastowanych
bombardowaniami miast, ludność ta coraz lepiej uświadamiała sobie jaką
katastrofą groziła im klęska. Czynnik moralny odegrał jednak w decyzji
Niemców rolę raczej drugorzędną. Zaryzykowali oni swe topniejące zasoby
przede wszystkim, aby uzyskać sukces strategiczny."
Autorem kontrofensywy w Ardenach był sam Hitler. Zakładał,
że potężny cios wymierzony wojskom alianckim na Zachodzie obezwładni je
na długi czas, pozwoli zwrócić się większością sił na Wschód, celem
odparcia spodziewanej ofensywy radzieckiej, nade wszystko zaś umożliwi
zyskanie czasu na przygotowanie i wprowadzenie do akcji "cudownych
broni". Hitler wierzył w owe cudowne środki wygrania wojny i wyobrażał
sobie, ze klęska w operacji ardeńskiej zmusi aliantów zachodnich do
zawarcia odrębnego pokoju z odstąpieniem od kanonu bezwarunkowej
kapitulacji. Jedynym realnym elementem w rozumowaniu Hitlera było
przekonanie, że uderzenie na Wschód miałoby znacznie mniej szans. Uderzył
więc na Zachód.
Zaskoczenie było zupełne. Jego rozmiary uzmysławia
najlepiej rozkaz dzienny Montgomery'ego, wydany dla jego wojsk właśnie
16 grudnia, w którym to rozkazie czytamy:" Nieprzyjaciel prowadzi w
tej chwili na wszystkich frontach walki obronne. Znajduje się obecnie w
takiej sytuacji, że nie może rozpocząć żadnych działań zaczepnych. Co
więcej, za wszelką cenę musi zapobiec przechodzeniu wojny w fazę
operacji manewrowych. Nie ma dostatecznych środków transportu, ani materiałów
pędnych koniecznych do prowadzenia takiej wojny, a jego czołgi nie mogą w
walce ruchowej współzawodniczyć z naszymi."
W Europie wielki wódz z kampanii afrykańskiej okazał
się jak widzimy, bardzo złym prorokiem.
Po drugiej stronie Rundstedt pisał w swym rozkazie
dziennym: "Stawiamy wszystko na jedną kartę. Nie wolno nam chybić".
|
|
Postawieniem na jedną kartę było między innymi użycie
przez Niemców grupy żołnierzy przebranych w amerykańskie mundury i
posadzonych na upodobnione do amerykańskich wozy bojowe. Grupa ta miała być
wyrzucona przed własne linie z zadaniem wykonywania różnego rodzaju akcji
dywersyjnych; w końcu kiedy nie udało się uzyskać od razu sprzyjających
dla jej działań warunków, użyto
ją w natarciu na prawym skrzydle niemieckiego ugrupowania. Z punktu
widzenia prawa międzynarodowego przebrani żołnierze nie są już
regularnymi żołnierzami i można ich, a nawet trzeba traktować jak
zwyczajnych bandytów. Toteż wyłapanych przebranych w amerykańskie
mundury Niemców prawdziwi Amerykanie rozstrzeliwali na miejscu. Ale nie od
razu. Dopiero po rozejściu się wiadomości o mordzie dokonanym pod Malmedy
na niemal stu jeńcach amerykańskich, których mordercy z nacierającej tu
jednostki pancernej SS żywcem rozjeżdżali czołgami. Mord ten, nie jedyny
zresztą, wywarł wstrząsające
wrażenie i w rezultacie znacznie usztywnił postawę żołnierzy amerykańskich.
Oprócz przebierańców Niemcy zrzucili na alianckich
tyłach pewną ilość spadochroniarzy we własnych już mundurach. Mnie zdołali
wykonać żadnych poważnych zniszczeń, ale ich akcja wywołała w tych
rzeczywiście nadzwyczajnych warunkach sporo zamieszania, i jak to określił
gen. Skibiński, istną psychozę spadochronową. Patrole zatrzymywały na
drogach dosłownie wszystkich i sprawdzały prawdziwą narodowość
indagowanych przy pomocy pytań o znane tylko Amerykanom realia. Jeśli ktoś
nie wiedział na przykład, kto jest aktualnym mężem znanej gwiazdy
filmowej, narażał się na zatrzymanie i poważną stratę czasu. Niekiedy
bardzo cennego, jak w przypadku dowódcy jednej z brygad pancernych, który
na skutek poddania go szczegółowemu egzaminowi nie dojechał w porę na
pole walki swych czołgów.
Trzonem kontrofensywy były 6 armia pancerna
SS,
uderzająca ku Mozie i Stavelot, oraz 5 armia pancerna kierująca się na
Bastogne. Na skrzydłach wyruszały ponadto dwie armie ogólnowojskowe. Od
pierwszych dni tego niespodziewanego natarcia zaczynał niepokojąco rosnąć
klin, rozszczepiający całe ugrupowanie alianckie na dwie części. 1 armia
amerykańska, odcięta od macierzystej 12 Grupy Armii, została w tej
sytuacji podporządkowana Montgomery'emu, i Bradley pozostał w
gruncie rzeczy dowódcą Grupy Armii złożonej tylko z jednej armii, tzn.
wojsk Pattona.
W swych pamiętnikach Bradley notuje pytanie,
jakie zadał szefowi oddziału rozpoznawczego, nanoszącego na mapie
rozpoznane w walkach dywizje wroga: "Ale skąd, u diabła, biorą te
skurwysyny te wszystkie dywizje?". Odpowiedź jest prosta: sztaby i jądra
kadrowe zostały uratowane z Normandii. Tak mściła się na aliantach
niedokładność w rozegraniu tamtej bitwy.
|
|
Jednym z newralgicznych punktów atakowanego przez
Niemców obszaru była miejscowość Bastogne, bardzo ważny węzeł
komunikacyjny. Zaparła się tu amerykańska dywizja pancerna, którą zdołano
szybko wzmocnić elementami innej wielkiej jednostki, Krytyczną sytuację
pomogła tu wyjaśnić dopiero 101 amerykańska dywizja
powietrzno-desantowa. Obozowała teraz w dalekim od frontu Reims i wypoczywała
prawdziwie po żołniersku. Jej żołnierzy ściągano w alarmie z kwater,
knajp, domów prywatnych i mniej prywatnych; wsadzeni na ciężarówki w
stanie często zupełnego zamroczenia, dobili do Bastogne 18 grudnia późnym
wieczorem. Wytrzeźwiawszy dali Niemcom ciężkiego łupnia. Utrzymanie
przez nich tej miejscowości poważnie skomplikowało plany Rundstedta.
Przez kilka dni Rundstedt szedł rozpędem, wykorzystując
zaskoczenie, chwilową bezradność Eisenhowera, nie posiadającego
wystarczająco potężnych odwodów strategicznych ,oraz pogodę. Ale
sprzyjająca Niemcom pogoda nie miała
trwać długo, w samą Wigilię, 24 grudnia 1944, przejaśniło się
niebo i potężne formacje samolotów alianckich uderzyły na niemieckie
zgrupowania i niemieckie linie komunikacyjne. Z kierunku zaś Saary nawracał
już Patton z całą swą 3 armią, kierując się ku Bastogne. Natrafiwszy
tam na zdecydowany opór, Niemcy ominęli tę miejscowość i parli dalej,
ku Mozie. Lecz nie mieli zajść za daleko.
Propagandziści hitlerowscy krzyczeli tymczasem na
falach wszystkich niemieckich gazet o nadzwyczajnym sukcesie. Po raz
pierwszy ludność niemiecka słuchała znowu "Sondernmeldungen",
to jest nadzwyczajnych komunikatów, o zwycięstwach, o zdobytych miejscowościach
i rozbitych oddziałach alianckich. Ruinami Kolonii przeprowadzono
triumfalnie kilka tysięcy jeńców z amerykańskiej 106 dywizji piechoty.
Speakerzy niemieckiego radia mówili już o Brukseli i napomykali o Paryżu.
W istocie jednak niemiecki impet już 26 grudnia wyczerpał się pod Dinant,
jeszcze dość daleko od Mozy.
Już 21 grudnia Patton uderzał w kierunku odciętego
Bastogne siłami dwu dywizji, w tym jednej pancernej. W Boże Narodzenie miał
tam już sześć dywizji.
26 grudnia amerykańska 2 dywizja pancerna zakończyła
pod Dinant ciężki pojedynek z niemiecką 2 dywizją pancerną SS.
"Ogromna rzeźnia" - meldował dowódca dywizji amerykańskiej.
Tego samego dnia 4 dywizja pancerna z armii Pattona przebiła się do sił
otoczonych pod Bastogne.
W sam dzień Nowego Roku 1945 lotnictwo niemieckie
wysiliło się na dość poważną akcję przeciwko lotniskom alianckim. Ale
straty alianckie w sprzęcie mogły być obecnie wyrównywane w ciągu dni,
jeżeli nie godzin. Niemcy potrzebowali na to miesięcy, jeszcze gorzej wyglądała
ich sytuacja w zakresie uzupełniania strat osobowych.
W każdym razie w Ardenach nie zamierzali szybko
rezygnować, był to przecież gra na jedną kartę. 2 i 3 stycznia
maksymalną ilością rozporządzalnych sił natarli na Bastogne. Sam Patton
zapisał w swym dzienniku pod datą 4 stycznia: "Możemy jeszcze
przegrać tą wojnę". Zapis ten świadczy o stanach prawdziwej
histerii, w jaką popadał niekiedy ów świetny dowódca. Ale świadczy też
o walorze przede wszystkim psychologicznym niemieckiego natarcia w Ardenach.
|
|
Również
w
dzień Nowego Roku 1945 ruszyło niejako pomocnicze natarcie niemieckie w
Alzacji. Miało obezwładnić Pattona. 5 stycznia nastąpiło uderzenie
przez Ren na północ od Strasburga.
12 stycznia wyszła ofensywa radziecka na Wiśle. Do końca
stycznia w Ardenach przywrócono stan sprzed 16 grudnia. Straty niemieckie
wyniosły tu około 120 000 ludzi, straty alianckie około 80 000. Ale
straty niemieckie w sprzęcie i materiałach były już nieodwracalne.
|
|
Żołnierze amerykańscy
oglądają uszkodzonego w Ardenach Jagdtigera.
|
|
Pantera w malowaniu mającym
upodobnić ją do czołgów amerykańskich.
|
|
Czołgi Tiger2 robiły
duże wrażenie na żołnierzach amerykańskich.
|
|
Tiger2 mija kolumnę
amerykańskich jeńców.
|
|
Tiger2 w Ardenach,
grudzień 1944 rok.
|
|